Idea minimalizmu - jak bardzo zmieniła moje życie?

Idea minimalizmu pojawiła się w moim życiu przypadkiem i w momencie kiedy stosy kosmetyków, ubrań i niepotrzebnych bibelotów piętrzyły się w moich szafkach w takich ilościach, że czułam się przytłoczona za każdym razem gdy musiałam ją otworzyć. Niektórzy twierdzą, że pojęcie minimalizmu to kolejny przejściowy i nie znaczący trend, który uskuteczniany jest przez osoby chcące zachować swój styl trendsettera i minie równie szybko jak się pojawił -  w wielu przypadkach z pewnością tak będzie, osoba, która nie rozumie jego przesłania i nie jest w stanie dostosować go do siebie z pewnością nie będzie wiedziała z czym tak naprawdę mamy do czynienia, a próba lansowania się czy wmawiania innym swojej filozofii to z pewnością nie jest droga do sukcesu. Dla mnie jednak minimalizm stał się motorem do zmiany swojego życia na wielu płaszczyznach i choć nigdy nie stanę się jego restrykcyjnym przedstawicielem i nie ograniczę liczby posiadanych rzeczy do szczególnych ram to jednak jego idea uderzyła we mnie tak mocno, że dziś bez wątpienia mogę powiedzieć, że to najlepsze co ostatnio mi się przydarzyło. Jak bardzo zmieniło się moje życie? Jak mocno wpłynęło to na moje otoczenie i bloga? 


Chcieć mniej.


Książka Kasi Kędzierskiej z bloga Simplicite trafiła w moje ręce z bardzo prozaicznych powodów - kupiłam ją tylko dlatego, że chciałam być na bieżąco z chodliwymi pozycjami. Widzicie teraz ten paradoks? Chciałam mieć coś co mają wszyscy - nie dlatego, że tego potrzebowałam, a dlatego, że jako osoba funkcjonująca w sieci chciałam mieć świadomość tego o czym mówią inni. Książkę Kasi przeczytałam w jeden wieczór... i czułam się jakbym dostała czymś wielkim w głowę. Jej słowa dotarły do mojego wnętrza i sprawiły, że zrobiło mi się szalenie przykro. Zdałam sobie sprawę, że swój spokój i komfort uzależniłam od posiadania rzeczy - że te stosy kosmetyków, ubrań i pierdół gromadziłam tylko po to by je mieć bo pozornie dawały mi radość, a tymczasem gdy spojrzałam na wszystko chłodnym okiem... okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Dzięki Kasi zrozumiałam, że minimalizm to wcale nie jest życie z jedną łyżką, miską i parą skarpetek (takie właśnie było moje wyobrażenie minimalizmu), ale życie w zgodzie ze sobą w otoczeniu rzeczy, które służą i dają radość. I taki minimalizm drzemie w mojej duszy - od kilku miesięcy w moim domu nie ma miejsca na rzeczy zbędne i nie przynoszące mi radości lub takich, które są potrzebne do normalnego funkcjonowania - to jaką rewolucję poczyniła ta książka w moim życiu sprawiła, że zajęła ona w moim sercu i domu szczególnie ważną pozycję.

Nauczyłam się dzielić.


Moją największą zmorą była chęć gromadzenia - dziś kiedy na to patrzę to powiedziałabym, że wręcz chorobliwa. Każda nowa rzecz, każda paczka, każda szminka i próbka dawała mi radość, którą utraciłam w momencie kiedy zdałam sobie sprawię, że fizycznie nie jestem w stanie tego przerobić i kiedy w trakcie wielkiej rewolucji sprzątaniowej okazało się, że praktycznie połowa z nich musi wylądować w śmietniku. To było bardzo trudne przeżycie - nie łatwo jest dopuścić do siebie myśl, że moja natura skierowała mnie ku marnotrawstwu, niedocenianiu i chomikowaniu, a chwilowa radość okazała się ulotna i zamieniła się w wyrzuty sumienia i przytłoczenie. Widzicie tę zależność? Rzeczy zdeterminowały i zburzyły moje poczucie komfortu - spójrzcie jak taka trywialna rzecz mocno odbiła się na moim samopoczuciu. Kiedy zaczęłam porządkować swoje rzeczy i sumiennie i szczerze (choć boleśnie) rozprawiać się z przedmiotami, do których miałam osobisty stosunek pojawił się problem z tym co z nimi zrobić - wiele z nich było nowych, nigdy nie otwartych, albo nigdy nie przeczytanych i ubranych... postanowiłam więc nauczyć się dzielić. To też była dla mnie bardzo cenna lekcja, która dziś daje mi mnóstwo radości - każda paczka, każdy prezent (już nie zakup, bo zakupy to temat na osobny wątek) od razu jest przeze mnie analizowany pod kątem użyteczności i możliwości podzielenia się z innymi - to daje niesamowitego kopa motywacyjnego, szlifuje charakter i co najważniejsze... pozwala skutecznie, ale z radością ograniczyć zbieractwo.

Ograniczyłam się.


Z punktu widzenia blogera każda nowa współpraca czy paczka to świetna okazja do tego by przedstawić swoim czytelnikom fajne nowości, nauczyć się czegoś lub po prostu poczuć się dobrze bo ktoś Cię zauważył i docenił - oczywiście jest to potrzebne do pracy z blogiem, daje radość i jest użyteczne, ale na pewnym etapie swojego funkcjonowania w sieci zauważyłam, że wiele z tych przedsięwzięć jest mi zupełnie niepotrzebnych - ograniczyłam swoje akcje do absolutnego minimum i nigdy nie czułam się z tym lepiej. Nie biorę udziału w akcjach wymiankowych, nie wchodzę w układy, które nie są realnie korzystne, nie przyjmuję produktów, które nie odpowiadają mojej skórze i nie dubluję przedmiotów, które już mam. Oczywiście mam pewne słabostki, którym nie potrafię się oprzeć, ale nauczyłam się skutecznie hamować swoje zapędy. Nawet nie wiecie ile produktów poszło w świat - śmiało mogę pokusić się o stwierdzenie, że 3/4 nowych zapasów opuściło mój dom i choć początkowo puste szafki i szuflady przyprawiały mnie o zawrót głowy i chęć ich uzupełnienia... z czasem zdałam sobie sprawę, że wreszcie...

DOCENIAM TO CO MAM.


I to właśnie jest dla mnie najpiękniejszym aspektem jaki niesie ze sobą minimalizm - radość z posiadania rzeczy i ich użyteczność. W mojej szafie nie ma już miejsca na ubrania, w których czuję się źle, w mojej toaletce nie ma produktów, których nie używam lub nie użyję w najbliższym czasie, nieprzeczytane książki znalazły nowy dom, a zabawki mojego dziecka, które nie dawały mu radości poleciały do potrzebujących osób i być może tam spełniają funkcję, do której zostały stworzone. Idea minimalizmu otworzyła mi oczy na aspekt bardziej psychologiczny - sprawiła, że rzeczy, które mam służą mi dokładnie tak jak powinny, nic nie wywołuje we mnie uczucia przerażenia, wstydu i wyrzutów sumienia, a ja otaczam się tym co daje mi radość. Przy okazji rozwiązał się jeszcze jeden problem - częstego sprzątania. Im mniej rzeczy tym szybsze i bardziej efektywne sprzątanie - już nie tracę czasu na przeglądanie szminek pod kątem terminu ważności tylko wykorzystuję go na przeczytanie książki, która naprawdę mnie interesuje. Minimalizm pchnął też mnie do tego by wybierać rzeczy tylko dobre jakościowo - dziś zdecydowanie wolę mieć jeden, markowy zegarek aniżeli pięć podróbek z Chin. To też przekłada się na ilość, ale nie determinuje mojej radości. Same zalety!


Minimalizm to nieustanna praca.


Nigdy nie zakończyłam procesu oczyszczania i zmiany - to taka mała podróż wgłąb siebie, która każdego dnia uczy mnie czegoś nowego. Stopniowo staram się nią zarazić swoją rodzinę - zaproponowałam wspólne porządku pod kątem użyteczności i wierzcie mi, że gdyby ktoś powiedział mi, że bardziej będzie mnie cieszył kolejny wór ze śmieciami niż nowa paczka to kazałabym mu się puknąć w czoło czymś ciężkim. Ale tak właśnie jest - tak bardzo przewartościowałam swoje myślenie, że zapragnęłam rozszerzyć go na jeszcze więcej aspektów. I tym samym... ograniczyłam liczbę maili w swojej skrzynce, nic nie znaczących znajomości, organizacji wolnej przestrzeni, racjonalnych, przemyślanych zakupów ... i nieustającej radości. Zmiany jakie poczyniłam dały mi tak ogromną radość, że postanowiłam właśnie stworzyć ten tekst mimo, że jeszcze rok temu o minimalizmie powiedziałabym jak większość osób - wybryk dla tyłka, kolejny trend, minie równie szybko jak moda na kabaretki. 


Pojęcie minimalizmu należy dostosować do siebie - nie traktować go jako rama, w którą trzeba się wpasować. By zrozumieć minimalizm - trzeba zacząć od zrozumienia siebie i swoich potrzeb. Niech to stanie się punktem wyjściowym do zmiany.





...



Zauważyłyście zmianę w moich zdjęciach? Niektórzy twierdzą, że jestem nudna i przewidywalna - nie, to po prostu jestem ja. Stopniowe wdrażanie się w ideę minimalizmu sprawiło, że zrozumiałam, że przede wszystkim mam kreować swoje codzienne czynności tak by dawały mi radość. Nigdy nie lubiłam papuzich kolorów, a przez większą część prowadzenia bloga otaczałam się takimi fotografiami, do których nawet nie lubiłam wracać. Skasowałam swój album na Instagramie i zaczęłam od nowa - jako odmieniona Hushaaabye, która choć przewidywalna i nudna to jednak w zgodzie ze sobą, pełna radości i pewna, że idzie tą drogą, którą powinna.  To też założenie minimalistów - ZGODA ZE SOBĄ.

I tego życzę Wam z całego serca - znalezienia własnego sposobu na szczęście, które nie jest kreowane przez rzeczy, a otoczenie, które stworzycie same.

To praca warta każdego poświęcenia - mówi Wam to były chomik, którego cieszy każdy nowy worek niepotrzebnych rzeczy. 

...

20 komentarzy:

  1. Paulina Wlezień27 maja 2017 09:32

    Piękny wpis! <3 Staram się być minimalistką, nie lubię natłoku rzeczy, bałaganu, zbyt duża ilość rzeczy wokół mnie powoduje, że nie czuje się komfortowo. Niekiedy odwiedziny u osób, które myślą - im więcej tym lepiej powodują, że mam ochotę jak najszybciej wyjść. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wiesz, że zgadzam się z Tobą w każdym aspekcie. Ja co prawda piękno minimalizmu poznałam dzięki innej książce, ale i za "Chcieć mniej" zabiorę się w swoim czasie. Na razie czuję, że inne pozycje zasługują na uwagę i to właśnie sprawi mi prawdziwą radość.

    Ale wracając do sedna. Bardzo mnie rozśmieszyła wzmianka w WO, napisana przez jakiegoś profesora, że minimalizm to również jeść mniej i nawet pracować mniej! A właściwie to pracować tyle, by się nie zmęczyć, bo to niepotrzebne. Tymczasem każdy minknalista wie, że jeżeli coś daje nam prawdziwe szczęście to mamy korzystać z tego pełną parą. Czerpać ile tylko możemy. Bo pracowanie byle jak, byle się nie zmęczyć to jest dopiero marnotrawstwo! Mimo wszystko tracimy cenny czas, na coś, co chcemy tylko zaliczyć a co nie daje nam szczęścia.

    Moje "zapasy" uszczupliłam do takiego stanu, że wreszcie mogę powiedzieć "wiem co mam!". Mało kiedy znajdzie się okazja na zaskoczenie, bo realnie korzystam z każdej rzeczy. Kocham kubki i mam ich pełno i to również wpisuje się w minimalizm. Jak? Ano tak, że dobrze pamiętam każdy z nich, każdego używam a gdy przychodzi ich pora po prostu lądują w koszu szczęśliwe i wysłużone. Mam za to tylko kilka szklanek, bo nie przepadam szczególnie za szkłem i wystarczy mi tylko te parę, by poczęstować sokiem kogoś, kto do Nas zawita :)

    Minimalizm to bardzo szerokie i złożone podejście, ale na pewno nie jest nudne. Sama mam w roboczych wpis o moim minimalizmie, ale czuję, że to jeszcze nie jest jego czas. Będzie, gdy poczuje radość z jego dokończenia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznaję się: do tej pory miałam takie wyobrażenie minimalizmu, jak Ty przed przeczytaniem książki. A tu się okazuje, że stosuję go od dłuższego czasu :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowny tekst i jakże prawdziwy. I ja absolutnie nie uważam że jesteś nudna, zdjęcia są może i minimalistyczne, ale piękne. A skoro przedstawiają także Ciebie to mają duszę ;)
    Minimalizm to coś co sama muszę po trochu wprowadzić w życie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mialam przyjemnosci przeczytac tej ksiazki, ale dokladnie wiem o czym mowisz. Jeszcze kilka lat temu bylam jakby niewolnica swoich rzeczy chcialam miec duzo i jeszcze wiecej choc w cale ich nie potrzebowalam. Kiedy przyszlo mi sie przeprowadzac 4 razy (kraje) w jednym roku minimalizm przyszedl sam :D Obecnie jedynymi rzeczami ktore sa , chce wiecej i daja mi szczescie to kosmetyki i makijazowe gadzety ( ale uzywam ich nagminnie i mysle ze nie mam ich az tak duzo jak na blogerke Bjuti przystalo) :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie jest to zdecydowanie nadużywane słowo. Bo jest modne, i dobrze się sprzedaje. Widzę w tym czysty marketing, wiesz - to tak jak parę lat temu wszyscy zachwycali się wenge a dzisiaj są modne białe meble i jest nam wpajane że akurat to jest piękne. ( tak mam meble wenge w domu :D). To tak samo jak modne są obcasy a jak już wszyscy kupią nagle modne są balerinki. Oczywiście mówię o minimalizmie sprzedajnym, pod publikę. Ten, który wychodzi od Ciebie i jest prawdziwy jest tak indywidualny, że nie potrzebuje książek i innych otoczek. Ja nigdy się nie nazwę minimalistką, bo byłaby to obłuda. Zredukowałam ilość rzeczy owszem, tak jak TY nauczyłam się dzielić, i naprawdę nie ma piękniejszego uczucia jak cieszą się obdarowywani, ale nie, nie , nie mam kryształowego serca siostry miłosierdzia - wymogło to na mnie cała siata przeterminowanych kosmetyków. Kluczowym jest Twoja puinta - w zgodzie ze sobą. Rozumiem bardzo Twoją decyzję o zindywidualizowaniu zdjęć - skoro CZUŁAŚ taka potrzebe ! ja z kolei założyłąm drugie konto na instagramie, gdzie daję tylko czarno - białe zdjęcia - bo właśnie miałam taką potrzebę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Może to nie do końca "męski" blog, ale bardzo mi się podoba Pani myślenie i zgadzam się całkowicie! :P PS. Moja dziewczyna śledzi tego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nawet nie poznałam po zdjęciach, że to Ty. Według mnie wcale nie są nudne, są jeszcze piękniejsze :) Co jakiś czas robię takie porządki i chętnie się dzielę tym co mi zbywa. Nie lubię i nie potrafię cieszyć się sama. Co do kubków, filiżanek wytłukły mi się i muszę właśnie dokupić, ale zwracam uwagę na te najpiękniejsze i tak trzymajmy :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo dobrze potraktowałaś ten temat :) Ja swego czasu bardzo trzymałam się koncepcji minimalizmu - jeszcze na studiach tak było. I to nie dlatego że w to mocno wierzyłam, tylko dlatego że po prostu brakowało mi pieniędzy. Kiedy zaczęłam normalnie pracować i zarabiać okazało się ile tak naprawdę niepotrzebnych rzeczy człowiek potrzebuje do "szczęścia". Kolejny czerwony lakier, bo to tylko 5 zł, kolejna książka na którą nie mam czasu, następne buty. Tylko gdzie to wszystko trzymać...

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale piękny wpis, teraz dopiero tak naprawdę rozumiem pojęcie minimalizmu. A Twoje nowe zdjęcia bardzo mi się podobają :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Książkę o której mowa czytam i przeczytać nie mogę ... ;)
    Chyba za bardzo biorę do siebie te dobre rady, ciągle czuję się po przeczytaniu jakiegoś ważniejszego fragmentu jakbym dostała obuchem w głowę. Chyba jeszcze nie pora u mnie na tą książkę. Mam za wiele wątpliwości i chyba nie jestem, w przeciwieństwie do Ciebie, tak gotowa na zmiany ;) Dużo łatwiej czytało mi się Slow life i Slow Fashion, przekaz Joanny bardziej do mnie docierał i w niektórych elementach mojego życia wprowadziłam delikatny minimalizm, coś tam kiełkuje ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Lektura książki "Chcieć mniej" również nieco zmieniła moje myślenie odnośnie posiadania rzeczy i powoli pozbywam się niepotrzebnych, nieużywanych przedmiotów ze swojej przestrzeni. Wyrzuciłam prawie połowę rzeczy z szafy, o ilości kosmetyków nawet nie wspomnę, ale jeszcze dużo przede mną ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Kurcze, to co piszesz ma wielki sens... Ciągle powtarzam sobie, że w końcu odkopię się ze swoich zapasów nie potrzebnych rzeczy ale jak na razie ciężko mi to wychodzi. Liczę, że kiedy zmienię miejsce zamieszkania (wydarzy się to już niecały rok ;)) to przy okazji przeprowadzki wyrzucę chociaż połowę swoich rzeczy...

    OdpowiedzUsuń
  14. ogromne gratulacje! Ciesze się, że żyjesz w zgodzie ze sobą i potrafisz cieszyć się każdą rzeczą. Ja etap oczyszczania mam już daaaaawno za sobą. W pewnym momencie wpadłam w pułapkę, każdy zakup, nawet potrzebnej rzeczy budził we mnie poczucie winy. Na szczęście teraz podchodzę do tego z dystansem i choć królową zakupów się nie nazwę, to potrafię kupić choćby 10 szminkę w odcieniu nude bez wyrzutów sumienia. Z bardzo prostego powodu- każda daje mi radość. A jeśli jakaś się nie sprawdza, to po prostu się jej pozbywam :)

    Mimo wszystko zawsze powtarzam, że mnie zbyt duża ilość rzeczy prowadzi do frustracji generując problem związany z wyborem tylko jednej na dany moment.

    OdpowiedzUsuń
  15. Hmm...Dla mnie samo określenie "minimalizm" jest mega modne i trendy.
    I tyle.
    Ja nie jestem minimalistką. Jestem po prostu sobą.
    Nigdy nie miałam ciuchów wysypujących się z szafy, kosmetyków, które musiały się przeterminować dwukrotnie zanim je wyrzuciłam do kosza itp.
    Pochodzę z dość ubogiej rodziny i myślę, że tutaj tkwi szkopuł - człowiek docenia to, co ma i nie przesadza z zakupami wpędzając się w zbieractwo bo zna wartość pieniądza :)
    Jedyna dziedzina, w której potrafię "zaszaleć" finansowo i mieć trochę "na wyrost" to pielęgnacja włosów. Myślę jednak, że w porównaniu do innych włosomaniaczek moja kolekcja odżywek i tak wypada dość blado ;)
    Wygląda na to, że życie mnie nauczyło to, co teraz jest tak opiewane w książkach. No cóż - dzięki temu będę mogła poświęcić czas kryminałom :)

    OdpowiedzUsuń
  16. na szczęście nigdy nie byłam i nie jestem typem chomika ;) w szafach robię porządki na bierząco i pozbywam się szmat zalegających bez skrupółów ;) dom jest mały i zwyczajnie wiele rzeczy się w nim nie zmieści, więc też nie gromadzimy przedmiotów :) pielęgnację zużywam na bierząco, choc zapasy małe mam, ale wze szystko opanowane, wiem co mam. Gorzej z kolorówką i zabawkami synka :)

    Niestety sklepy zalewaja nas nowościami i wydaje nam się, że nam wszystko potrzebne a prawda jest taka, że bez wielu bibelotów można się naprawdę obejść

    mnie natłok przedmiotów w domu osacza, lubię przestrzenie i czasami będać u znajomych, chomików, mam ochote im zrobic porzadki :)

    mi się wydaje ze ten minimalizm, to po prostu powrot do przeszlosci, kiedy to ludzie mieli mało, same niezbedniki, i żyli :) to tylko obecne czasy sprawiaja, że wydaje nam się, ze do szczescia nam potrzeba duzo, a wcale tak nie jest.

    ja widze po moim czterolatku, ze on najlpeiej sie potrafi bawic i zajac soba jak ma w zasiegu reki dwie trzy zabawki. Wiecej? Juz go nudza, nie potrafi sie nimi zajac i na niczym skoncentrowac.

    OdpowiedzUsuń
  17. Czytalam ten wpis na jednym tchu :)
    Powiem Ci, że bardzo dobrze mi się czytało twoje zdanie na ten temat. Sama jestem osobą, która lubi gromadzić, mam sporo kosmetyków i ubrań, ale na dzień dzisiejszy nie potrafię tego zmienić. Dopiero zaczęłam gromadzić ( nie trwa to latami), więc chcę się tym póki co nacieszyć. :) Ale na pewno przyjdzie taki dzień w którym powiem, że osiągnęłam co chciałam a minimalizm stanie się moim trzecim imieniem. (nie drugim, bo na pewno aż tak nie ograniczę ;p)

    OdpowiedzUsuń
  18. Zauważyłam zmianę w Twoich zdjęciach i bardzo podoba mi się ta nowa stylistyka, nawet jeżeli jest nudna i przewidywalna ;)
    Tekst jest świetny do tego stopnia, że przeczytałam go dwa razy. Niestety idea minimalizmu jest mi wciąż dość obca, ale podejrzewam, że to dzięki temu, że nie wzbogaciłam się literaturowo w tym zakresie. Znaczy kupiłam książki, ale droga do ich przeczytania jest nieoczekiwanie trudna i wyboista. Za każdym razem planuję, że po obecnej pozycji zabiorę się za "Chcieć mniej" albo "Slow life" i za każdym razem mi nie wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  19. Też zawsze gromadziłam bardzo dużo i staram się to ograniczyć i pozbywać nie potrzebnych rzeczy, a gromadzić tylko to co naprawdę chce. Może z czasem wyjdzie mi to lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja lubię prostotę... nie sam minimalizm, ale nie przepadam za 'jarmarkiem'. Często ulegam pokusom i lubię mieć - chociaż później faktycznie jest przesyt, niektóre rzeczy kurzą się w szafie, kupione hurtem na wielkich promocjach kosmetyki są przeterminowane...
    Czasem chęć posiadania jest silniejsza, ale chciałabym żeby to było... jak to ująć... w dobrym guście :).

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój czas i komentarz - jeśli podoba Ci się tu na tyle, byś chciał wrócić - zapraszam do obserwowania i odwiedzenia mojej strony na facebooku.

W wolnej chwili na pewno odwiedzę Twój blog, nie musisz zostawiać osobnego linku :)

Copyright © Hushaaabye