Najlepsze róże do policzków - THE BALM.

 Róże do policzków stanowiły kiedyś nieodłączny element mojego makijażu - nie wyobrażałam sobie bez nich wykończenia swojej twarzy i miałam nawet całkiem sporą kolekcję, ale przyznam szczerze, że przestałam ich używać - poddałam się po kolejnych próbach znalezienia dla siebie odpowiedniego koloru bo wszystko wydawało mi się sztuczne i nad wyraz nachalne, a minerały choć piękne są dość kłopotliwe w aplikacji, a ja sama odkrywając moc rozświetlaczy zapomniałam o istnieniu róży. W tej stagnacji trwałam prawie rok i przez cały ten okres nie sięgnęłam po żaden kosmetyk tego typu - zadowalałam się bronzerem i rozświetlaczem. Podczas porządków w swojej toaletce doszłam jednak do wniosku, że grzechem i wielkim uchybieniem w zawodzie blogerki jest nieposiadanie ani jednego dobrego egzemplarza różu dopasowanego do mojego typu urody i postanowiłam to wreszcie zmienić - a żeby tradycji stało się za dość po pomoc zwróciłam się to mojej ukochanej marki makijażowej The Balm i... przepadłam! Oto odkryłam najwspanialsze róże świata! Gdzie ja błądziłam do tej pory?

INSTAIN Staining Powder Blush.



Bardziej zawiłej nazwy już chyba nie da się wymyślić! Tak naprawdę producent nazywa je pudrami do policzków, ale zdecydowanie wolę określenie tradycyjnych róży. Jest to mniej popularna i raczej niedoceniana seria The Balm, ale mam nadzieję, że będzie mi dane to nieco zmienić. Do tej pory najbardziej znanymi różami The Balm był Frat Boy i Balm Desert, ale naoglądałam się już ich tyle, że postanowiłam wybrać coś mniej znanego. Mój wybór padł na wykończenie matowe - nie lubię połyskujących róży, a te z serii INSTAIN wydawały się dla mnie idealne tym bardziej, że mają bardzo nieoczywste i mało spotykane kolory, które jak się okazało w praktyce nareszcie pasują do mojej żółtej skóry. Spośród sześciu dostępnych odcieni zdecydowałam się na trzy : Pinstripe, Toile i Houndstooth, które wybrałam tak naprawdę w ciemno. Po cichu przyznam się, że mam jeszcze ochotę na odcień Swiss Dots, ale póki co gaszę swoje zapędy. Tym sposobem stałam się posiadaczką trzech nowych i jednych w moich zbiorach róży do policzków - nastąpił więc czas rozdziewiczania.


 Wear it well...



Swoją miłość do kosmetyków marki The Balm pielęgnuję od przeszło roku - żadna marka kosmetyczna nie sprawdzała mi się nigdy tak doskonale. Mam już w swoich zbiorach palety cieni, słynne rozświetlacze, Bahama Mamę i kilka innych produktów i z ręką na sercu nie jestem w stanie się przyczepić do niczego choćbym bardzo chciała. Jak zwykle w przypadku The Balm mamy tu do czynienia z kartonowymi opakowaniami z fikuśnymi i oryginalnymi grafikami w stylu retro, które zawsze stanowią wesołą odskocznię pośród innych tradycyjnych produktów makijażowych. Ich ceny nie są niskie natomiast sądząc po zużyciu Mary Lou (a raczej jego braku) jestem z całą pewnością przekonana, że te róże chyba zestarzeją się razem ze mną. Co ciekawe - ceny różnią się w zależności od koloru. Najjaśniejsza Toile to koszt 75,90 zł, pośredni Houndstooth kosztuje 83,90 zł. natomiast najpiękniejsza Pinstripe to cena 84,90 zł - dochodzę do wniosku, że im bardziej wyjątkowy kolor tym większa cena.



 Pigment nie do zdarcia.


Pomijając już same walory estetyczne i dobór kolorów muszę Wam opowiedzieć o ich jakości, która skłoniła mnie to napisania tego posta. To absolutnie najlepsze róże jakie miałam do tej pory! A umówmy się... przed swoim zaniechaniem przygody nie miałam ich mało (na dowód mam zdjęcia!). Ich pigmentacja jest bardzo intensywna - wystarczy lekkie przyłożenie pędzla by uzyskać wyraźny efekt na twarzy (a i można łatwo przesadzić tym sposobem), a nałożone rankiem wytrzymują bez uszczerbku cały dzień. Nie mają zapachu, ani nie osypują się, ale co do ich matowego wykończenia miewam czasami wątpliwości - w ciągu dnia da się zauważyć, że odbijają światło, a nałożone chociażby na palec dają efekt lekkiej satyny. Niby są matowe, a jednak nie - niby satynowe, a jednak matowe... taka sytuacja.


Toile - koralowa odsłona wiosny.



Zdecydowanie najbardziej radosnym odcieniem jaki wybrałam jest Toile. Początkowo po otworzeniu pudełeczka byłam przerażona jej kolorem - w opakowaniu jest meeeega intensywna co zresztą możecie zauważyć na zdjęciu na szczęście da się ją ładnie stopniować i łączyć z innymi kosmetykami. Muszę przyznać, że przepięknie łączy się bronzerem natomiast już z roświetlaczem wygląda zbyt nachalnie - umiar i rozsądek jest więc przy niej wskazany by zachować dobry smak w makijażu.



Brudna nonszalancja.


Przy wyborze Houndstooth i Pinstripe miałam w głowie mały bałagan - kolory są całkowicie inne, ale też mają w sobie to coś co mnie do nich przekonało... Spójrzcie zresztą same - są przybrudzone, inne i niespotykane. Naprawdę piękne i zakochałam się w nich już przed pierwszym użyciem - z pewnością nie każda z Was gustuje w takich odcieniach, ale ja zostałam w tym momencie zauroczona po wsze czasy. Patrząc na te róże z perspektywy Toile można by rzec, że są smutne - ja widzę w nich nutę elegancji i szyku i wcale nie kojarzą mi się ze smutkiem czy jesienią. No, ale ja to ja :) Houndstooth to kolor pośredni - jest pomieszaniem chłodnego różu z ciepłym burgundem, który razem tworzy bardzo wyrafinowaną mieszankę idealną do noszenia na co dzień. Z kolei moja ukochana Pinstripe to zwieńczenie przygody z The Balm - cudowny, brudny odcień śliwki, który robi tak naprawdę połowę makijażu - nie potrzebuje ani bronzera ani rozświetlacza bo wygląda w jej wykończeniu znajduje się także lekko złoty pigment ( to właśnie ten mat-nie mat), który odbija światło. CUDO!


Cóż... jestem w nich zakochana! Znowu zdradzam swoje ulubione produkty do wykańczania twarzy - w kwestii kosmetycznej jestem bardzo niewierną kochanką. Przy okazji - niebawem zamierzam uzupełnić ten post o swatche (złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że karta zjadła mi ponad pięć zdjęć z tej sesji) - proszę więc o chwilkę cierpliwości. :) Ps. Mam jeszcze dla Was paletę do konturowania tej marki - chcecie poczytać? 


EDIT. Zrobiłam Wam ekstremalne zbliżenie, żebyście mogły ocenić jak róże wyglądają w rzeczywistości. Zdjęcie oddaje ich rzeczywisty kolor. :)



Dajcie znać jak Wam się podobają te cuda - zdecydowałybyście się na takie kolory? Jaki jest Wasz ulubiony róż do policzków?

Buziaki!

36 komentarzy:

  1. Izabela Cetera30 maja 2017 17:52

    Zdecydowanie stawiam na PINSTRIPE....bajecznie opisalas a zdjęcia jak zwykle sa urzekające i urocze,Narobilas mi ochpty na te kosmetyki.Wiem , bardzo wydajne, dobrze napigmentowane, trwale , ale ceny nie przeskoczę..

    OdpowiedzUsuń
  2. Karolina Piotrowicz30 maja 2017 18:02

    Piękne odcienie, na pewno bym się skusiła na jakiś. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Te opakowania są genialne!

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tej serii nie mam żadnego różu, ale mam Cabana Boy i jestem z niego bardzo zadowolona :) Też lubię The Balm, bardzo dobrze sprawdzają mi się ich produkty :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Urzekł mnie jedynie pintstripe ale opakowania sa oszałamiajáce :)

    OdpowiedzUsuń
  6. opakowania przyciągają oko ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Odważne kolory i nigdy nie przyszło mi do głowy aby po nie sięgnąć :) Nie mogę się doczekać swatchy ;) U mnie róż nie jest niezbędnikiem i w zasadzie po ten kosmetyk sięgam dosyć rzadko, a jeśli już to wybieram raczej te lekko brozskwiniowe :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Produktów nie znam, ale opakowania mają cudne <3

    OdpowiedzUsuń
  9. The Balm ma urocze te opakowania...Uwielbiam ich kosmetyki, ale akurat różu nigdy nie miałam. Chyba będę musiała się w końcu skusić :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mega piękne :) Ciekawe, czy gdzieś stacjonarnie dostanę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam stylistykę opakowań produktów The Balm :) Odcienie piękne, ale najbliższy jest mi najjaśniejszy kolorek :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Też zaniechałam przygody z różami odkąd zaczełam tą z rozświetlaczami i zostawiłam tylko jeden, którego używam naprawdę od święta. Te mają świetne kolory, takie inne i ciekawe ! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten pierwszy na swatchach - koralowy jest bardzo ładny :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Osobiście nie przepadam za różami, bo posiadam swoje naturalne, ale te sa przepiekne! :))

    OdpowiedzUsuń
  15. Też uważam, że produkty The Balm mają świetną jakoś. Posiadam w swoich zbiorach Mary, Bahama mame i Frat Boya i jestem pewna, że były to dobrze wydane pieniądze, ponieważ nie widać zużycia . Pewnie będą ze mną do końca życia :p

    OdpowiedzUsuń
  16. Póki co nie miałam okazji bliżej zapoznać się z różami The Balm ale mam nadzieje,że niedługo to zmienię - wyglądają cudnie :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ogólnie cała marka The Balm jest godna wypróbowania <3

    OdpowiedzUsuń
  18. Mnie z Twojej kolekcji brakuje tylko Frat Boya... ale to też pewnie kwestia czasu :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Oooo! Uwielbiam naturalne rumieńce <3 jesteś wielką szczęściarą :)

    OdpowiedzUsuń
  20. I to właśnie tak bardzo mi się w nich podoba - są nie do podrobienia :)))

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja też - są totalnie nietuzinkowe choć np. opakowanie Bahamy Mamy strasznie mi się nie podoba...

    OdpowiedzUsuń
  22. To cecha charakterystyczna The Balm :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Pasowałby do Twojej urody :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Ja do tej pory jeszcze niczym się nie rozczarowałam, a to naprawdę rzadkość :)))

    OdpowiedzUsuń
  25. Dziękuję Iza <3 jesteś kochana :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Ej, to ten w środku mi się teraz podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Mam odcień Argyle, kupiłam na ślub i to był strzał w dziesiątkę bo te róże mają idealną trwałość :) Cudne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój czas i komentarz - jeśli podoba Ci się tu na tyle, byś chciał wrócić - zapraszam do obserwowania i odwiedzenia mojej strony na facebooku.

W wolnej chwili na pewno odwiedzę Twój blog, nie musisz zostawiać osobnego linku :)

Copyright © Hushaaabye